wtorek, 14 stycznia 2014

Pieśnia

Aura już od kilku tygodni bez wątpienia nie sprzyja pracy na zewnątrz. Z rzeczy, które w ostatnim tygodniu udało mi się zrobić w związku z bartnictwem, to uprzątnięcie z tatą garażu we Frąckach i wtoczenie tam 2 kłód celem przerobienia ich na barcie. Teraz, nawet jeśli nasypie śniegu po pachy, a mrozy spadną do -30 C (o ile tylko uda mi się w weekend dojechać do Frącek), będę mógł w nich dłubać. W zeszłym tygodniu zamówiłem u kowala kolejne narzędzia do obróbki drewna. Pierwsze to coś, co przypomina przyrząd do korowania pni: jest to zaostrzony pierścień osadzony na krótkim trzonku. Chodzi o wygładzanie ścian barci od środka, więc jego średnica musi wynosić maksymalnie 8 cm, aby swobodnie można było nim operować wewnątrz komory bartnej. Zaobserwowałem taki przyrząd u baszkirów, niestety nie mam zdjęć, ale jak pan Henryk skończy robotę, nie omieszkam się nimi podzielić. Drugie zamówione narzędzie to proste dłuto, zwane pieśnią (w wersji z puszczy białowieskiej) lub piesznią  jak mówią źródła:
"...składająca się z części żelaznej oraz rękojeści drewnianej. Cześć żelazna była długa na 30-32 cm, na górnym końcu dłutowato spłaszczona, ostra i zahartowana, szeroka na 5-6 cm. Jej koniec dolny tworzył tulejkę o średnicy 4,5-5 cm".

Tyle z opisu cytowanego za J.J. Karpińskim "Ślady dawnego bartnictwa puszczańskiego na terenie Białowieskiego Parku Narodowego", Kraków 1948.



A tyle ze zdjęć, foto J.J. Karpiński "Ślady dawnego bartnictwa puszczańskiego na terenie Białowieskiego Parku Narodowego", Kraków 1948.





wtorek, 7 stycznia 2014

Retrospekcja - wspinaczka


Dzisiaj chciałbym opisać moje krótkie doświadczenia we włażeniu na drzewa za pomocą improwizowanego leziwa. Działo się to w połowie lipca 2013 roku. Oprócz wypróbowania techniki wchodzenia na drzewa przez słowiańskich bartników opisanej dokładnie w pracy J.J. Karpińskiego "Ślady dawnego Bartnictwa Puszczańskiego", chciałem zajrzeć do starej barci lub do czegoś, co według mojej wiedzy mogło być kiedyś barcią. Znajdowała się ona w okolicach Frącek. Natknąłem się na to drzewo przypadkiem, szukając resztek kłody wiszącej do niedawna na starej lipie rosnącej nad Wierśnianką - malutką rzeczką wpadającą we Frąckach do Czarnej Hańczy. Szukając kłody, znaleźliśmy przypadkiem opuszczoną, zarośniętą barć. Na to, że znaleziona dziupla może być barcią wskazują 2 rzeczy: otwór jest podłużny, długi na około 50 cm, w miarę regularny, szeroki na 10 cm; z ziemi w obiektywie aparatu można dostrzec resztki deski zakrywającej ongiś otwór.
Leziwo zaimprowizowałem z 10 metrowej liny. Wiążemy ją w taki sposób, aby powstały 2 odcinki podwójnej liny o długości powyżej 200 cm każdy i jeden łączący je odcinek pojedynczy o długości trochę powyżej metra. Drzewo, mimo że wyglądało niepozornie, okazało się dość spore. Po przerzuceniu liny wkoło ledwo zostawało miejsca, aby włożyć stopę w powstałą pętlę. Po podciągnięciu się w powstałej pętli przerzucamy linę wkoło na wysokości tułowia i formujemy kolejną pętlę, gdzie wkładamy drugą nogę. Po podciągnięciu, szarpnięciem rozluzowujemy dolną pętlę i mamy linę, aby powtórzyć ruch i piąć się w górę. Lina niestety okazała się za cienka i za krótka, boleśnie wrzynała się w stopę nawet w trekingowych butach. Nie rozważyliśmy też należycie ważnego aspektu wspinaczki, a mianowicie - jak z tego drzewa zleźć? Przecież w ten sposób można tylko piąć się w górę! Zejście, a w moim przypadku upadek, był na szczęście mało bolesny.    


Na zdjęciach Paweł podczas pierwszych prób z leziwem
             


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Dłubania ciag dalszy


Podobno bartnicy potrafili wykonać barć w przeciągu jednego dnia, od początku do końca. Mi niestety zajmuje to nieco dłużej, dłubię moje kłody  po 1,5-2 godziny dziennie w wolnym czasie, jeśli pogoda na to pozwala i akurat jestem u rodziców we Frąckach. Obie widoczne na zdjęciach są już wydłubane na głębokość 30 centymetrów, dwie kolejne czekają na swoją kolej. Problemem jest poszerzanie otworu na boki, tak aby miał kształt rombu, do tego jak już wspominałem potrzebne jest proste, masywne dłuto na długim kiju. W najbliższym czasie zamierzam się w takie zaopatrzyć.





niedziela, 22 grudnia 2013

Dłubanie w kłodach


Przez ostatnich kilka tygodni mało w temacie bartnictwa się u mnie działo, ale nie do końca. Pod koniec listopada złożyłem w kolejnym konkursie organizowanym przez LGR mój projekt rekonstrukcji bartnictwa. Po wstępnej ocenie dostał 25 na 45 punktów. Zmienił się nieco sposób oceny wniosków i tym razem ocenie podlega kompletność dokumentacji, wcześniej wnioski niekompletne były po prostu nie przyjmowane. Mój błąd polegał na tym, że zamiast zaświadczenia o numerze konta, na który ma być wpłacona zaliczka przedstawiłem oświadczenie… Z przyznaną punktacją się oczywiście nie zgodziłem i złożyłem stosowne odwołanie. Biorąc pod uwagę to, jak wygląda przyznawanie dotacji z IV naboru, od opublikowania ostatecznej listy rankingowej do podpisania umów, zejdzie znowu z pół roku. Aha, dzwoniłem w piątek do Urzędu Marszałkowskiego z IV naboru podpisują dopiero pierwszą umowę na dofinansowanie z OSP Raczki, następnie będą proponowali realizacje częściową kolejnym wnioskom, a mój jest 3 w tej kolejce, więc jest szansa, że coś się ruszy w przeciągu stycznia. Ale te sprawy zostawmy na bok i bierzmy się za dłubanie kłód...

Poniżej kilka zdjęć ukazujących efekty pracy i narzędzia. Wygląda na to, że czeka mnie wkrótce rewizyta u pana kowala. Bo o ile dłuto i siekierka doskonale spisują się przy dłubaniu w głąb pnia, to poszerzanie od środka otworu bartnego jest bardzo ograniczone przez zagięcie końcówki dłuta ku dołowi. Do tego zadania niezbędne będzie masywne, proste dłuto osadzone na wprost.



poniedziałek, 18 listopada 2013

Szkolenie


W ten weekend zostaję zaproszony na szkolenie organizowane przez Augustowskie Koło Polskiego Związku Pszczelarskiego. Wykłady prowadzi dwójka pszczelarzy z Dolnego Śląska. Na szkoleniu, oprócz pana A.  z osób, które znam lub zdążyłem niedawno poznać w ramach moich działań, jest jeszcze pan Tadeusz W. oraz mój wujek Michał, który jest początkującym pszczelarzem. Tematyka pierwszego dnia obejmuje wychów matek pszczelich, a drugi dzień poświęcony jest chorobom i pasożytom pszczół. Niemal przy każdym zagadnieniu zastanawiam się, jak zastosować daną praktykę w środowisku barci. W większości dochodzę do wniosku, że jednak z wieloma problemami moje pszczoły będą musiały poradzić sobie same. Tak to działało i ma działać! Ingerencja bartnika w życie pszczół bartnych jest ograniczona do minimum i polega na zaglądaniu do barci 3, góra 4 razy do roku:
1)      Na wiosnę, po tym jak pszczoły wznowią loty, należy barć otworzyć, oczyścić, ocenić w jakiej kondycji rój przezimował. Jeśli nie przezimował, należy ją dokładnie wysprzątać, usunąć stary wosk, zdezynfekować (wypalić) i zostawić otwartą do końca maja, czyli początku okresu rojenia się pszczół.
2)      Drugi raz zaglądamy do pszczół  pod koniec lipca tylko po to, aby zobaczyć w jakiej kondycji jest rodzina pszczela oraz czy przypadkiem rój nam nie uciekł. W tym wypadku możemy nawet nie otwierać barci tylko ocenić kondycję roju z zewnątrz.
3)   W połowie września otwieramy barć, żeby wybrać miód, należy to robić rozważnie, ponieważ pszczołom musi zostać tyle miodu aby przetrwały na tym zapasie do wiosny. W gospodarce pasiecznej, pszczołom zabiera się ich cały urobek dając w zamian wodę z cukrem, mieszankę glukozy, maltozy i inne cukry. A bartnik nie rabuje w ten sposób swoich rodzin.
4)      Jak już będzie na tyle zimno, że pszczoły wstrzymają wyloty z gniazda, należy ostatni raz dostać się do barci, aby zabezpieczyć ją przed zimą.

Nie podaje się pszczołom żadnych lekarstw na warozę - pajęczaka, pasożyta pszczół żerującego na larwach, zgnilca lub inne choroby. Skoro mleczko pszczele i miód ma działanie antybakteryjne i używane jest do zwalczania wirusów, bakterii oraz przy wielu innych chorobach, dlaczego nie może posłużyć pszczołom do ochrony własnych larw i siebie przed podobnymi schorzeniami? No właśnie, doświadczenia Baszkirów pokazują, że waroza mimo że obecna w barciach, to jednak prawie nigdy nie powoduje wymierania całych roi, jak to ma miejsce w zwykłych ulach. Pszczoły radzą sobie z nim tylko w sobie znany sposób właśnie dlatego, że człowiek im za bardzo nie przeszkadza. Baszkirzy przy prowadzeniu pasiek stosują rozmaite leki na warozę, natomiast pszczołom żyjącym w barciach żadnych leków nie podają. To samo zresztą usłyszałem na Białorusi.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Kowal w Smolanym Dębie


W piątek zadzwonił do mnie kowal, pan Henryk D., że narzędzia, które zamawiałem są do odebrania. Narzędzia zamawiałem w połowie września, termin wykonania był taki długi, ponieważ kowal podszedł bardzo profesjonalnie do zlecenia i nie zaczynał roboty, dopóki wszystkiego dokładnie nie zaplanował. A znalezienie odpowiedniego materiału zajęło kilka tygodni. Na piesznię (dłuto) i siekierkę rurową została przerobiona półośka od ciężarówki. Dłuto jest osadzone na tulejce o średnicy prawie 50 mm, ostrze jest zaokrąglone i lekko pod kątem w stosunku do osi dłuta, długość ostrza wynosi również 50 mm. Takie wykonanie było charakterystyczne dla terenów Łotwy. W innych obszarach, od Łużyc po Ural, używano zazwyczaj dłut o prostych ostrzach szerokości 45-50 mm, zakończonych 30 cm tuleją, na której osadzano osikowy, grabowy bądź dębowy trzonek. W zależności od terenu różnice występują w długości trzonka. Czasem dodatkowo przeciwległy koniec był obciążony dodatkowym ciężarem w celu przesunięcia środka ciężkości. Siekierka rurkowa natomiast jest to narzędzie do drążenia i  wykończania „pleców barci”. Jest to półokrągłe, dłutowate ostrze szerokości prawie 50 mm, z wyglądu przypomina nieco czekan zakończony dłutem zamiast ostrza.